Gru 07 2007

Z CIEMNOŚCI

Published by at 22:30 under Bez kategorii

 

Ciemna i burzliwa noc. Leżę cicho w ciemnym hotelowym pokoju, starając się zasnąć. Co kilka minut coś grzmotało, a po chwili przez okno wpadał biały błysk błyskawicy. Deszcz bił w szyby pokoju. Wiktoria smacznie spała na łóżku obok, nie zdając sobie pewnie sprawy z tego, że na dworze rozpętała się straszliwa burza.

        Czasami człowiek popełnia błędy, których potem bardzo żałuję. Jeszcze dwa dni temu cieszyłam się, że wyjeżdżam na całe dwa tygodnie z dala od domu, na zimowisko. Chciałam nauczyć się jeździć na nartach, odpocząć od znienawidzonej klasy i rodziców. Z klasy jechało tylko kilka nawet dość fajnych osób, samych chłopaków. Z innych klas pojechały znajome dziewczyny. Teraz jednak żałowałam. Ogarniał mnie strach, przez te dziwne rzeczy, które się ostatnio działy. Już w autobusie, po tym jak wydawało mi się, że widzę dziewczynkę leżącą na ulicy bez ducha, straciłam humor, na tę wycieczkę. Dzień potem na stołówce widelec zaczął się przesuwać w stronę krawędzi stołu. Zanim zdążyłam zareagować spadł. Nikt jednak tego nie zauważył. Na początku myślałam, że wariuje, ale po tym, jak kran w pokoju oszalał zdałam sobie sprawę z tego, że tu się coś dzieje.

        Wstałam na równe nogi i założyłam kapcie. Wiedziałam, że nie zdołam już zasnąć. Podeszłam do okna. Piorun właśnie przecinał nocne niebo. To było niesamowite widowisko. Jego blask rozświetlił pokój. Tuż po nim pojawił się kolejny piorun. A po chwili następny. Zawsze bałam się piorunów. Gdy tylko widziałam jego Bask zdawało mi się, że zaraz trafi prosto we mnie. A ja rozerwę się na milion kawałków. Jednak nigdy tak się nie stało. Na szczęście.

           Wiktoria chich chrapnęła.

           Kolejny blask oświetlił mi twarz. Coś grzmotnęło i przez chwilę było słychać tylko walenie deszczu w szyby. I zupełnie niespodziewanie zrobiło się zimno. Bardzo zimno. Zaczęłam się trząść i dostałam gęsiej skórki. Z moich ust leciała para. Przestałam słyszeć walenie deszczu. Coś było nie tak. Odwróciłam się i rozejrzałam po pokoju. Moje oczy zdążyły już przyzwyczaić się do panujących w nim ciemności. Spojrzałam najpierw na Wiktorię, moje łóżko, szafę, a na końcu spojrzałam na zamknięte drzwi. I wtedy przeszył mnie strach. Zobaczyłam na nich cień. Cień jakiejś postaci. Drgnął. Potem poruszył się i znikną. I w tej samej chwili usłyszałam jakieś szybkie kroki na korytarzu. Za drzwiami.

           Oddychałam szybko i niespokojnie. Łapczywie chwytałam powietrze starając się zachować spokój. Jednak strach był silniejszy. Wpadłam w panikę. Skoczyłam do łóżka Wiktorii i zaczęłam nią trząść.

-Wika. Wika proszę! – krzyczałam jej do ucha. Nie obudziła się. Opadły mi ręce. Nie wiedziałam gdzie mam szukać pomocy. Zbyt się bałam i ciekawiłam, żeby teraz iść spać. Co to był za cień? Czemu jest tak zimno? Czemu Wiktoria się nie budzi? I czemu nagle zrobiło się tak cicho? Ostatnie pytanie zaciekawiło mnie najbardziej. Jak to możliwe, że tak zupełnie nagle wszystkie odgłosy ustały. Co się działo? Odwróciłam się i podeszłam do okna…

           …I krew zmroziła mi się w żyłach. To było zbyt straszne, żeby było prawdziwe. Tak, to z pewnością musiał być sen. Krople deszczu się zatrzymały. Po prostu już nie spadały w dół, tylko wisiały w powietrzu. Piorun gdzieś w oddali też się zatrzymał. Nawet nie drgną. To wszystko było po prostu zbyt zakręcone, żeby było prawdziwe. Ale czemu się nie budziłam. Zakręciło mi się w głowie.

           W tej chwili znów usłyszałam kroki. Tym razem głośniejsze. Podeszłam do drzwi. Złapałam za klamkę i nacisnęłam. Drzwi się uchyliły. Wyszłam na korytarz. Było całkowicie pusto, ciemno, cicho, zimno i strasznie. Kroki ustały.

Poszłam kilka kroków przez korytarz i zatrzymałam się. Bałam się jak diabli. W pewnej chwili znów usłyszałam kroki. Były głośniejsze niż przedtem. Dochodziły z głębi korytarz. Z ciemności. Strach był ogromny. A jednak poszłam. Poszłam za krokami. Szłam wolno rozglądając się dookoła. W głębi korytarza było bardziej ciemno, niż w pokoju. Mimo to, że moje oczy były przyzwyczajone do ciemności, nie widziałam nic.

           I w tej chwili pojawiło się światełko. Małe światełko przed moją twarzą. Zatrzymałam się przed nim i obserwowałam uważnie. Nie wiedziałam jak to się stało, ale nagle cały mój strach znikł. Zniknęło też zimno. Zrobiło się bardzo ciepło. Aż za bardzo. Światełko nawet nie drgało, ale za to robiło się coraz większe. Z każdą sekundą trochę rosło.

            I nagle strach powrócił.

           Światełko zrobiło się tak duże, że dostrzegłam wyraźnie iż przede mną ktoś stoi. Cofnęłam się i upadłam. Zabolało. Jęknęłam cicho i podniosłam głowę. Światełko zrobiło się bardzo duże. Oświetliło kawałek korytarza. I teraz dostrzegłam wyraźnie, kto przede mną stał. Chłopak. To był chłopak. Ale nie taki zwyczajny chłopak. Był trochę przeźroczysty. Gdy się przyjrzałam, mogłam dostrzec co jest za nim. Jego jasnozielone oczy lśniły w półmroku. Miał dość długie ciemne

włosy puszczone luzem i miły wyraz twarzy. Ubrany był w luźne brązowe spodnie pełne kieszeni i białą koszulkę. Patrzył na mnie z góry, a ja nie wiedziałam co mam robić. To mógł być ktoś z mojej szkoły, który też pojechał na to zimowisko. Ale nie kojarzyłam go. Ani ze szkoły, ale z autobusu. Kim więc mógł być.

           W pewnej chwili wyciągną do mnie rękę. Byłam totalnie zdezorientowana. On chyba chciał pomóc mi wstać. Ale czy mogłam zaufać komuś, kto napędził mi takiego ogromnego stracha? Przekonamy się – pomyślałam i złapałam jego rękę. Była ciepła w dotyku. Podciągną mnie do góry. Wstałam. Stanęłam tuż naprzeciwko niego. I spojrzałam prosto w jego oczy. W jego pół przeźroczyste oczy.

-Nareszcie. – odezwał się miłym. – Ile można czekać. Nie widziałaś znaków czy co?

           Zastanowiła się, czy odpowiedzieć. Byłam zdezorientowana i przestraszona. Jednak postanowiłam zaryzykować.

-Chodzi o martwą dziewczynkę i widelec? – zapytałam.

-Tak. – odparł

-Widziałam. Ale pomyślałam, że wariuje. – powiedziałam trochę nieśmiało. – A ty kim jesteś?

-Duchem. – odparł ciągle tak samo miłym tonem. – Ale już się pewnie domyśliłaś. Nazywam się Jasiek. Umarłem tu, w tym miłym hotelu. Właściwie, to dużo dzieci tu umarło. Kiedyś był jakiś wyciek gazu, czy coś. W każdym razie, każdy z nas tu utkwił. Jesteśmy uwięzieni w tym budynku, przez 5 lat. Nie możemy z niego wyjść, przez to, że w nim umarliśmy. Jednak jest pewien sposób. Wystarczy, że jeden z nas znajdzie kogoś, kto ma czyste serce i wierzy w duchy. No i ja znalazłem ciebie.

           To mnie kompletnie zaskoczyło. Nie pomyślała bym, że po tym miłym hotelu krąży wiele duchów. I nie pomyślała bym, że jest tam jakiś duch, który urodził się w tym samym dniu.

-Jedynym sposobem – kontynuował jednym tchem Jasiek – na uwolnienie się z tego cholernego miejsca jest by ta osoba… no czyli ty. Nie wiem jak ci to wytłumaczyć. Już wiem. Żeby mnie uwolnić z hotelu musisz wykonać prostą misję. Po prostu pójdziesz swobodnie do pokoju szefa tego hotelu. Potem swobodnie wykradniesz mu klucz otwierający drzwi piwnicy. Następnie swobodnie otworzysz drzwi do piwnicy, weźmiesz urny które tam będą i wysypiesz swobodnie na dworze ich zawartość. Potem swobodnie czas z powrotem ruszy, a ty wrócisz do pokoju.

           On chyba żartował. To miało być swobodne i proste. I do tego, chyba myślał, że rozśmieszył mnie powtarzając ciągle to swobodnie. To nie byłoś śmieszne. Wcale.

-Nigdy w życiu i po życiu. – powiedziałam. – Nie będę kraść.

-Proszę. – jasiek zbliżył się do mnie. – Musisz mnie uwolnić. – potem westchną. – Opowiem ci wszystko trochę dokładniej. 5 lat temu był wyciek gazu i stołówce i 28 dzieci umarło. Głupi kierownik trzyma urny z ich prochami w piwnicy. Dlatego dla tego nie możemy opuścić tego głupiego budynku. Jedynym sposobem jest wysypanie prochów.

           Zatkało mnie. Miałam wynosić jakieś urny i sypać prochy. To był chyba żart. Jednak duch nie mógł żartować. Mówił poważnie. Stanęłam przed trudnym wyborem. Czy wyręczyć przysługę 28 duszom, czy wrócić do łóżka i spokojnie zasnąć. Nie. Nie mogłam zostawić 28 dzieci samych na kolejne lata. Ktoś ich musiał w końcu uwolnić. I to chyba musiało spocząć na moich barkach.

-No dobra. – stwierdziłam z uśmiechem na twarzy. – Ktoś musi was dzieci ratować.

-Chodźcie tu! – krzykną nagle Jasiek.

           I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałam. Ze ścian powyłaziły duchy. 28 duchów. Wszystkie były inne. Jednak oczy każdego ducha połyskiwały w półmroku. Wszystkie 28 duchowych twarzy było wpatrzonych teraz we mnie. Trochę się skrępowałam. Źle się czułam, kiedy dużo osób się na mnie patrzyło.

-No… to gdzie jest ten pokój szefa? – zapytałam głośno i luźnie.

           Duchy ruszyły ciemnym korytarzem, a ja tuż za nimi. Doprowadziły mnie do ciemnych drzwi. Otworzyłam je i weszłam. To był duży pokój. Przy ścianie widniała szafa, obok niej półka pełna książek i figurek. Dalej biurko z komputerem i drzwi do toalety. Pod oknem było duże dwu osobowe łóżko, a którym spała mężczyzna. Był zakryty kołdrą.

-Klucz trzyma w szufladzie, obok łóżka. Jest gdzieś pod papierami. – szepną mi do ucha Jasiek.

           Podeszłam do szuflady i otworzyłam ją. Zaczęłam grzebać pomiędzy milionami przeróżnych papierów. Trwało to dość długo i gdy już traciłam nadzieję moja ręka natknęła się na coś zimnego. Po chwili trzymałam już w ręku wielki i trochę zardzewiały klucz.

-Wspaniale. – pochwalił Jasiek. – A teraz do piwnicy. Zaprowadzimy cię.

           I zaczęli prowadzić mnie korytarzem, potem schodami na dół, potem znów korytarz, w lewo, schody, aż dotarliśmy do drzwi od piwnicy. Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam.

           Klik, klik.

           Drzwi się otworzyły. Za nimi znajdowało się małe pomieszczenie, z wieloma stołami przy ścianach. Na stołach znajdowały się urny. Na każdej urnie znajdowało się wyrzeźbione imię. 28 uren, które musiałam wynieść na zewnątrz. Westchnęłam ciężko. Potem chwyciłam kilka uren w ręce i podążyłam schodami na górę i wyszłam na dwór. Położyłam je na ziemi i popędziłam po nastopne. I tak przez bardzo długi czas. Aż w końcu wszystkie były na zewnątrz. Zaczęłam wysypywać prochy na ziemię. Wysypywałam i patrzałam, jak zadowolone i wdzięczne durze odchodzą do nieba. A gdy opróżniłam 28 urnę znów zaczął padać deszcz.

 

KONIEC

Możliwość komentowania Z CIEMNOŚCI została wyłączona